Dzień świstaka

Jeśli kiedykolwiek marzyliście o własnej winnicy i przed oczami macie romantyczne wizje dorodnych krzewów, uginających się pod ciężarem pełnych, soczystych gron, rosnące samoczynnie i bez jakiegokolwiek wysiłku z waszej strony, to teraz nadszedł czas by skonfrontować wasze marzenia z rzeczywistością. Prowadzenie winnicy to nie tylko przyjemność, to przede wszystkim ciężka praca. Przy niewielkich rozmiarach plantacji, rzędu 12 arów wszystkie czynności w zasadzie można wykonywać ręcznie albo za pomocą podstawowych maszyn rolniczych, takich jak glebogryzarka bądź ciągnik. Typowy dzień winogrodnika (przynajmniej w moim przypadku) wygląda tak: najpierw trzygodzinna podróż samochodem do moich sadzonek, ewentualnie wyprawa późną nocą poprzedniego dnia, rano sprawdzam wszystkie rośliny, czy przypadkiem nie przyplątała im się jakaś choroba, następnie łapię za motykę i walczę dzielnie z chwastami, sprawdzam też czy krzewy nie wymagają dodatkowego przymocowania do tyczek (tapener to bardzo przydatne narzędzie, jeśli mamy więcej niż 300 krzewów), w międzyczasie mój mąż czyści z chwastów międzyrzędzia za pomocą glebogryzarki, a czasami teść (bez pomocy rodziny w ogóle nie moglibyśmy ruszyć z nasadzeniami i pielęgnacją powstającej winnicy) wjeżdża ciągnikiem między krzewy, wtedy popołudnie mamy wolne i możemy korzystać z uroków weekendowego odpoczynku – pójść na spacer albo rower, poczytać książkę etc. Wszystko pięknie się układa kiedy krzewy są zdrowe. Nie ma wówczas w pierwszych trzech latach prowadzenia winnicy większych prac niż usuwanie chwastów, dbanie o kondycję roślin poprzez odpowiednie przycinanie i formowanie krzewów, a jeśli do zaprawiania dołków zastosowaliśmy obornik to na ogół nie ma również potrzeby dodatkowego nawożenia plantacji (warto jednak od czasu do czasu robić badania gleby, żeby sprawdzać czy nasze rośliny mają wszystkie potrzebne do wzrostu składniki pokarmowe). Problemy zaczynają się, gdy zauważymy zmiany na liściach bądź latoroślach. I tak właśnie ostatnio stało się z naszą odmianą Salome, niestety mamy do czynienia albo z antraknozą winorośli albo z nekrozą. Dziwne jest to, że choroba dotknęła tylko tę jedną odmianę, w dodatku posiadającą tzw. PIWI, czyli podwyższoną odporność na choroby grzybowe. Pozostają nam tylko opryski i walka z zarazą, trzymajcie kciuki!

 

Francuski paradoks

W 1992 roku prof. Serge Reynaud zadziwił świat ujawniając niezwykle ciekawy fenomen. Po obserwacji przez ponad 5 lat grupy liczącej 100 000 osób w wieku 35-67 lat z 38 populacji w 21 krajach wyodrębniono społeczność, w której mimo iż występowały podobne czynniki ryzyka liczba incydentów wieńcowych była zdecydowanie mniejsza niż wśród pozostałych badanych (badanie epidemiologiczne nosiło nazwę WHO-MONICA). Co więcej, również dziś trend zmniejszonej umieralności z powodu chorób krążenia utrzymuje się we Francji. Dlaczego zatem amatorzy żabich udek, tłustej kaczki, pasztetu z kaczych wątróbek, serów pleśniowych czy tarty Tatin cieszą się dobrym zdrowiem? Odpowiedź jest prosta – kieliszek czerwonego wina do posiłku. Takie postępowanie powoduje obniżenie ciśnienia tętniczego, korzystnie wpływa na fibrynolizę i oksydację wchłanianych tłuszczy. Ponadto nie jest tajemnicą fakt, że dieta śródziemnomorska, bogata w świeże owoce i warzywa, oliwę z oliwek, obfitująca w ryby i owoce morza jest jedną z najzdrowszych diet. Wielu badaczy uważa, że za francuski paradoks odpowiedzialna jest m.in. niepozorna cząsteczka resweratrolu (polifenolowej pochodnej stilbenu). W związek ten obfituje przede wszystkim skórka ciemnych winogron (z tego powodu wina czerwone zawierają go więcej niż wina białe). Resweratrol jest bardzo silnym przeciwutleniaczem oraz nietoksycznym fungicydem (stosowanym jako dodatek do żywności). Zatem na zdrowie! Więcej informacji możecie znaleźć tu:

http://heart.bmj.com/content/heartjnl/90/1/107.full.pdf

https://podyplomie.pl/publish/system/articles/pdfarticles/000/009/247/original/91-94.pdf?1469710685

cheese-platter-1867456_1920

foto: Pixabay

 

Czy wino płacze?

Łzy wina/winne łzy/tears of wine/wine legs to zjawisko, związane z napięciem powierzchniowym cieczy, nazywane jest też efektem Marangoniego. W wielkim skrócie efekt ten polega na ucieczce cieczy z miejsc, w których jej napięcie powierzchniowe jest wyższe, do miejsc, gdzie zostało ono obniżone. Pamiętajcie, że występowanie tego efektu nie świadczy ani o jakości, ani o słodkości wina. Wskazuje natomiast na większą zawartość alkoholu. Najbardziej płaczliwe będą zatem wina typu porto, a najmniej cienkie winka, z małą zawartością alkoholu. My niedawno oglądaliśmy winne łzy pijąc australijskie Chardonnay, 13% obj. alkoholu.

15875390_1311847215505349_207804058908593416_o

foto: Wikipedia, na zdjęciu przedstawiono jest wino deserowe Caluso Passito, 13,5 % obj. alkoholu.

Śmiertelny pocałunek

Kto by pomyślał, że historia wina może być tak niezwykle fascynująca? Weźmy starożytny Rzym na przykład. Tamtejsi mężczyźni byli jedynymi uprawnionymi do picia tego trunku, był to rzecz jasna napój zarezerwowany wyłącznie dla wyższych sfer, preferowano wina białe, słodkie. Mąż wracając do domu całował w usta żonę nie po to, by okazać jej głębię swych uczuć, ale żeby sprawdzić czy przypadkiem nie kosztowała pod jego nieobecność cennych zapasów wina. Jeśli małżonka naruszyła zasady, choćby umoczyła usta w złotym trunku, obywatel rzymski miał prawo pozbawić ją życia! Wyczytane w bardzo ciekawej książce zatytułowanej „Winnice w Polsce. Wszystko o enoturystyce” autorstwa Ewy Wawro.

romantic-744760_1280

foto: Pixabay

Dziadek Mróz atakuje

Pamiętacie przymrozki pod koniec kwietnia? W niektórych rejonach Polski temperatura spadła wówczas poniżej minus dziesięciu stopni Celsjusza. W mediach można było zobaczyć jak w całej Europie trwa heroiczna walka winiarzy z mrozami. W winnicach płonęły ogromne ogniska, lecz mimo to części upraw nie udało się uratować. Niektórzy winogrodnicy rozpylali wodę w nadziei, że warstwa lodu ochroni ich krzaki. Nasi rodzimi winiarze również zapalali specjalne świece, płonęły ogniska, a winorośl chroniły osłony. W naszej małej winnicy mróz nie był aż tak odczuwalny. Ponadto na bieżąco śledziliśmy prognozy pogody. Skorzystaliśmy również z rad bardziej doświadczonych rolników i zawczasu opryskaliśmy krzewy preparatem Asashi SL. To jest biostymulator oparty na trzech związkach nitrofenolowych, które występują naturalnie w roślinach. Na trzy dni przed spodziewanym przymrozkiem opryskaliśmy krzewy standardowym 0,1% roztworem preparatu. Nie stwierdziliśmy uszkodzeń u naszych winorośli.

17990515_1419770868046316_2540644578829281396_o

foto: archiwum własne

Syzyfowe prace, czyli sadzenie

Nasz projekt zakładał sześć rzędów winorośli, w każdym z nich po sześćdziesiąt sztuk. Każda odmiana ma swoje miejsce, przy czym Seyval Blanc zajmuje dwa rzędy. Pierwszy etap to wiercenie dołów o głębokości mniej więcej 45 cm, które zaprawiamy obornikiem, a także umieszczamy w nich zawczasu bambusową tyczkę. Następnie, aby nie uszkodzić korzeni winorośli nawóz przysypujemy ziemią (tą z wykopanych dołków albo terra hummus). W tak przygotowany dołek wkładamy sadzonkę (głębokość to około 30 cm) i zasypujemy go do połowy ziemią. Wlewamy od 3,5 do 5 l wody, a po jej wsiąknięciu zasypujemy dołek do końca. Pamiętajmy o około 5 cm kopczyku z żyznej ziemi, aby przykryć winorośl. Przy nasadzeniach jesiennych nie podlewamy winorośli, a wysokość kopczyka wynosi 30 cm (przygotowujemy w ten sposób nasze rośliny na przyjście zimy). Ważne są również odległości między rzędami i pomiędzy poszczególnymi roślinami. U nas to 2,5 na 1 m. Ta odległość jest wypadkową wielu czynników. Chodzi o maksymalne nasłonecznienie winorośli, o dostęp dla maszyn rolniczych – ciągnika i glebogryzarki i o wybrany sposób formowania.

Śmierdząca sprawa

Zanim przystąpiliśmy do sadzenia naszych krzaków, musieliśmy zaopatrzyć się w odpowiednie narzędzia, ziemię i nawozy. Najbardziej naturalnym nawozem, stosowanym przez nas do zaprawiania dołków, jest dobrze przefermentowany obornik. I tu następuje pierwszy zgrzyt, gdyż jedne źródła podają, że najkorzystniejsze efekty daje zastosowanie obornika bydlęcego, a inne, że lepiej użyć obornika owczego, względnie pomiotu ptasiego lub nawozu bydlęcego albo końskiego. Najgorszy do tego celu jest obornik świński. My postawiliśmy na obornik kurzy i wykupiliśmy cały zapas znajdujący się w jednym z wrocławskich sklepów. Możecie sobie wyobrazić jakie aromaty dominowały w naszym samochodzie. Ponadto przed sadzeniem zaopatrzyliśmy się w świdry do kopania dołków, terra hummus i tyczki bambusowe.

17361868_1385587218131348_6262006617040059712_n

foto: archiwum własne

Osiołkowi w żłoby dano, czyli wybór odmiany

W naszej winnicy uprawiamy następujące odmiany winorośli:

  • Rondo
  • Regent
  • Salome
  • Marquette
  • Seyval Blanc.

Jak wybieraliśmy odmiany i co nami kierowało? Otóż braliśmy pod uwagę między innymi warunki klimatyczne (to oczywiste). Nasza uprawa będzie uprawą polową, zależało nam zatem na odmianach o stosunkowo wysokiej mrozoodporności, ale nie tylko. Ważna była również plenność krzewów (wysoka będzie odpowiednia do wybranego sposobu formowania), pora dojrzewania, potencjalnie wysoka jakość uzyskiwanego trunku (to w dużej mierze będzie zależeć od naszych umiejętności, a ciągle się uczymy jak wiecie) oraz wysoka odporność na choroby. Ważne było również to, czy jako początkujący hodowcy podołamy trudom takiej uprawy. Swoje pomysły oczywiście konsultowałam z hodowcami i podpatrywałam jakie odmiany przerobowe wybierają inni. Większość z wybranych przez nas odmian pochodzi z Europy, dwie z Niemiec, jedna z Francji, jedna ze Szwajcarii, a jedna- Marquette, z USA. 

Sadzonki zamawiałam w Winnicy Eden:

http://winnica-eden.pl/

18319040_1430139630342773_8950050744078744006_o

foto: archiwum własne

Jak to się zaczęło?

Zanim popukacie się w czoło i pomyślicie, że na starość kompletnie zwariowałam opowiem Wam jak to się zaczęło i skąd wziął się mój/nasz pomysł. Gdybym miała podać jakieś słowo – klucz byłaby to zapewne nazwa mojego ulubionego regionu we Włoszech – Toskanii. Zawsze marzyłam o małym domku na wzgórzu, w okolicach Florencji, w otoczeniu winnic, do którego drogę wyznaczałyby rzędy cyprysów (troszkę łatwiej zrozumieć to pragnienie, jak się obejrzy film „Pod słońcem Toskanii” ze znakomitą rolą Diane Lane). Oczywiście jest to nierealne. Zamiast tego postanowiłam stworzyć sobie namiastkę dolce vita na rodzimej ziemi. Zasadniczym problemem był wybór odpowiedniego miejsca, ale wystarczy nieco cofnąć się w czasie, by przekonać się, że historycznie na terenie, na którym usytuowana będzie moja/nasza uprawa, winorośl już kiedyś rosła i to prawdopodobnie nawet w XIV wieku.

italy-1748455_1280

foto: Pixabay

Będzie pięknie. Za trzy lata

Sami zobaczcie jak będzie pięknie, na razie oczami wyobraźni, rzecz jasna. Od początku czekają nas duże trudności – na naszym terenie nie ma wzniesień, brak również zbiornika wodnego, krzewy jesteśmy zmuszeni sadzić na linii wschód-zachód, a nie lege artis, czyli północ-południe. Takie teoretyczne rozważania są niezbędne, winnica, uprawa winorośli to wymagająca drobiazgowego zaplanowania inwestycja. Błędy popełnione na samym początku bardzo ciężko później naprawić, a rzutują one na całość projektu.

IMG_20161102_155906

foto: archiwum własne